2014/03/31

Poznań Motor Show. Bez szaleństw…

Wczoraj zakończyły się największe targi motoryzacyjnej w Polsce. Poznański Motor Show w ogólnych statystykach to jakieś kilkadziesiąt tysięcy fanów motoryzacji, kilkaset modeli samochodów w kilku halach wystawowych, kilkadziesiąt godzin ciągłych relacji dziennikarskich, spisanych na przynajmniej kilkuset stronach i uchwyconych na tysiącach zdjęć. Brzmi świetnie, ale czy z punktu widzenia spragnionego ryku motoryzacji Kowalskiego warto było tam jechać?












Nie, bo…

Można przytoczyć szereg argumentów za tym, że poznańskie targi mają świetną prasę i to niezasłużenie. Już na wstępie na przyjezdnych czekała niespodzianka w postaci rozkopanego centrum Poznania i fatalnych dróg stolicy Wielkopolski. Człowiek zjeżdżając z kulczykowskiej autostrady spodziewa się no przynajmniej połatanej asfaltówki. A tymczasem pod względem miejskich dróg Poznaniowi bliżej do dziurawej jak ser szwajcarski Łodzi, niż do jako takiej Warszawy. Może marudzę, ale co poznaniacy robią z pieniędzmi? Miasto wygląda coraz gorzej, ale przecież to jeden z najbogatszych rejonów Polski! No chyba, że zamiast na drogi, wolą wydawać na samochody – to OK, rozumiem.

Poza drogami nie mogę nie wspomnieć o parkingach i fatalnych oznaczeniach. Człowiek sobie jedzie po znakach – tu skręć w prawo, tu w lewo, a tu… koniec oznaczeń. Dalsza droga na czuja i nagle jest, kolejny znak. Skręć w lewo, skręć w prawo, uwaga - parking dla VIPów, i… koniec znaków. Tak mniej więcej wyglądało szukanie parkingu MTP. Słabo. To oczywiście mało związane z tematem rozważania, więc do rzeczy.


Nieczynne z powodu, że zamknięte

Wielki rozczarowaniem było podejście wystawców do zwiedzających. Pomijając już brak jakichś dodatkowych atrakcji, poza od czasu do czasu odpalanymi silnikami Maserati czy demonstracją car audio, zaskakujący był brak dostępu do wielu modeli samochodów. Dobra, rozumiem, że Ferrari było oddzielone od tłumu uślinionych facetów (tylko nie wiem, czy z powodu A) samochodów czy B) hostess?) taśmą, podobnie wspomniane Maserati czy Rolls-Royce. Auta za kilkaset tysięcy ktoś mógł zadrapać paznokciem i dealer musiałby oddać samochód na szrot. Ale jak wytłumaczyć, że np. Toyota nie uraczyła nikogo możliwością bliższego kontaktu fizycznego? Prius i inne modele były zamknięte na cztery spusty. Nie zajrzysz do bagażnika, nie usiądziesz za kierownicą. Nic, w ogóle. Jedyne, co ich ratuje to Lexus i otwarcie na świat modelu IS 300h. Ale nie tylko Toyota się wypięła. Audi, Mercedes, nawet Suzuki… Dlatego fanom tych marek pozostaje udać się do najbliższego salonu dealerskiego. Tam na pewno sobie pomacają, usiądą, a może nawet pojadą.

Stoisko Ferrari. A tymczasem w tle czarne anioły...

Tylko niektórzy Japończycy wiedzą, gdzie jest Poznań...

Mazda zachwyciła świat motoryzacyjny nową linią samochodów według filozofii KODO (więcej tutaj). I słusznie. W wielu konurach i plebiscytach Mazda 3 a teraz Mazda 6 zostały wybrane najładniejszymi modelami na rynku (gdzieś tam wplątał się Peugot 308, ale sorry gregory, do Mazdy mu daleko). A tymczasem gdzie Mazda była w Poznaniu? Nigdzie. Tu chyba nie ma co dalej komentować. Zabrakło także Subaru i Mitsubishi. Japończycy chyba zgubili się w drodze, pewnie gdzieś nad Rosją. Eh, przecież nie samym Volkswagenem człowiek żyje!


...nawet nie wszyscy Niemcy wiedzą

Poza Japończykami drogę do Poznania zgubili też Niemcy. Gdzie błąkał się co prawda Opel Adam, ale to nie świadczy o obecności marki Opel na Motor Show. I nawet jeśli Opla można przeboleć, to już brak BMW jest prawdziwym szokiem. Co prawda były model „historyczne” i parę trójek przystosowanych do rajdów, ale to nie oficjalne stoisko bi-em-dabilju.


Było jednak parę akcentów

Były wielkie rozczarowania, ale były też małe przyjemności. Dosłownie. Na początek francuska marka AIXAM. To linia mikrosamochodów, a właściwie… skuterów wielkości i postury Smarta. Pojazdy o pojemności silnika 400 cm3 i mocy 4 KM, a na dodatek ograniczeniem prędkości do 45 km/h to idealny prezent na zakończenie gimnazjum. Prawo dopuszcza bowiem poruszanie się takim pojazdem od 14 roku życia i to bez prawka. Wystarczy tylko 8-10 tys. euro i niczym Ali G można się wozić po dzielni. Czy to alternatywa dla skutera dla nastolatka? Niekoniecznie. To może być rynkowy hit dla wszystkich nie-posiadaczy prawa jazdy z powodu prowadzenia na podwójnym gazie. Zdejmujesz blokadę prędkości i jedziesz. Są też wersje dla 16 latków, które wyciągają prawie stówkę. Gdyby ktoś reflektował, to AIXAM ma nawet swoją polską stronę.



Polskie pomysły

W części poświęcone historii motoryzacji można było obejrzeć stare Warszawy. A w części „teraźniejszej” pojawił się koncept nowej Warszawy. Nieco przypominającej samochód Batmana, ale mega stylowej i zupełnie różnej od tego, co dominuje na rynku, czyli jednobryłowych, obłych samochodów. Może przyszłość polskiej motoryzacji leży w rękach drobnych przedsiębiorców, którzy wzorem Christiana von Koenigsegga zapragną składać ręcznie własne modele, w tym wypadku bazując na historii? Dobrym przykładem jest Nowa Syrena z Kutna, która pojawiła na stoisku TVN Turbo (co nieco o tym projekcie poniżej). Polskie samochody dla kolekcjonerów czterech kółek ze sportowym zacięciem? Czemu nie!



Historia i nie tylko

Właśnie a propos historii, to było całkiem nieźle. W jednej z hal wystawiono sporo modeli samochodów z ostatniego stulecia. Ciekawym pomysłem była wystawa oldtimerów befor & after, czyli zestawienie kilku egzemplarzy tego samego auta – np. Warszawy – na różnych stadium renowacji. Od odkrytego w szopie na Mazurach zardzewiałego wraka, po w całości odrestaurowany egzemplarz, który aż trudno uwierzyć, że powstał na bazie znalezionego gdzieś wraku. Samochody z duszą i charakterem, którego brakuje wielu współczesnym konstrukcjom. Dużo emocji wzbudzał także Chevrolet Camaro z lat 70-tych XX wieku.

Z tych najnowszych, które dopiero zapiszą się w historii motoryzacji, w Poznaniu można było zobaczyć Porsche Macan i w ogóle całą gamę modelową tej marki, Alfa Romeo 4C, Hyundaia Genesis czy VW XL1 – koncept, który jest reklamowany jako najoszczędniejszy samochód świata, spalający 0,9 l benzyny na setkę.

Trójka nowości - VW XL1, Porsche Macan i Alfa Romeo 4C

Karta ratownicza

O czym jeszcze warto wspomnieć? W czasie targów Volkswagen pojawił się z "Kartami ratowniczymi w pojeździe". Użytkownicy samochodów Grupy VW mogli uzyskać taki dokument, który zawiera informacje o wszystkich najważniejszych instalacjach w samochodzie – gdzie są poduszki powietrzne, akumulator itp. Pomysł polega na tym, że kierowca przykleja w prawym dolnym rogu szyby (patrząc od maski) naklejkę z napisem: "Karta ratownicza w pojeździe / Rescue sheet on board", a pod osłonę przeciwsłoneczną wkłada wydruk z mapą instalacji w jego modelu samochodu. Kiedy dojdzie do wypadku, a strażakom przyjdzie wycinać kierowcę lub pasażerów ze zmiażdżonego samochodu, w wiadomym miejscu znajdą ważne informacje o budowie auta. Przyspieszy to akcję ratowniczą i daje większe szanse na uniknięcie niebezpiecznych niespodzianek, jak np. odpalenie poduszki powietrznej, o której ratownicy nie wiedzieli. A wszystko przez nowe technologie. Zgodnie z badaniami niemieckiego automobilklubu ADAC dla aut wyprodukowanych w latach 1990-92 czas wydobycia ofiary z pojazdu w 40 % wypadków nie przekracza 50 minut, ale już dla samochodów wyprodukowanych w latach 2005-2007 tylko 20 % akcji ratowniczych kończy się przed upływem 50 minut. Akcja społeczna „Karta ratownicza w pojeździe” to współna inicjatywa prowadzona przez Państwową Straż Pożarną, Związek Dealerów Samochodów i Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego. Idea wydaje się ciekawa. Polecam i odsyłam zainteresowanych odsyłam na stronę www.kartyratownicze.pl, gdzie można wydrukować kartę dla swojego samochodu.


Krótko i na temat

Podsumowując, poznański Motor Show powinien się nazywać Volkswagen Group Motor Show & Friends or Some Another Car Brands. Trzeba przyznać, że VW się postarał, pokazał swoją siłę, anektując całą jedna halę na volkswageny, porszafki, audi, seaty i skody + dorzucił małe stoisko z używkami i kartami ratowniczymi + sprzedawców gadżetów. Ale to wszystko. Żadnych kreatywnych pomysłów. Tak można podsumować całe targi. Przede wszystkim zabrakło wielu ważnych marek, zwiedzający mieli mocno ograniczony dostęp do wielu zgromadzonych w Poznaniu modeli, o jakichś dodatkowych atrakcjach nie wspominając. Do dzienniczka 3+ dla Motor Show („plus” za hostessy, szczególnie na stoiskach Porsche i Ferrari).

6 komentarzy:

  1. "Podsumowując, poznański Motor Show powinien się nazywać Volkswagen Group Motor Show & Friends or Some Another Car Brands."

    I to zdanie idealnie podsumowuje całe Show. Gdzie by nie popatrzeć tam VW... no i ten paskudny model XL1 który jak dla mnie jest efektem pracy podpitego stylisty, ale co zrobić taki mamy klimat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie gdyby to był Frankfurt albo Genewa, to moglibyśmy oglądać prawdziwy Show. A tak to był teatr jednego aktora...

      Usuń
  2. Nic dziwnego ze to teatr jedne aktora, skoro VW jest dominującą marka na rynku Polskim.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze, że jakiekolwiek targi są... chociaż Genewa to nie jest ani Frankfurt i musimy się sporo uczyć. Może kiedyś uda się namówić organizatorom na pierwszą prezentacje jakiegoś modelu tylko w Pozaniu, wtedy to będzie coś, a takto wszystko z neta wiadomo co będzie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Każdy miłośnik samochodów powinien takie targi przynajmniej raz w życiu odwiedzić, coś jak pielgrzymka do mekki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu się zgodzę. W końcu to największa tego typu impreza w Polsce. Choć całkiem niezłe są też Ogólnopolskie Targi Branży Flotowej Fleet Market.

      Usuń