-
Kupię nowy samochód, taki prosto z salonu. Będę miał parę lat spokoju, bez żadnych mechaników, usterek, no i zszarganych nerwów. Będę lał do pełna i jeździł – powiedział z uśmiechem w stylu porucznika Borewicza zadowolony z siebie Kierowca. Kilka dni później, siedział już za sterami nowej, lśniącej maszyny. Wtem, podczas ruszania ze świateł w poniedziałkowy poranek, coś nagle zachrobotało w silniku, zgrzytnęło gdzieś tam z przodu, a komputer pokładowy zaczął krzyczeć „Wyłącz silnik! Autodestrukcja rozpocznie się za 5, 4, 3, 2…” Chodzi oczywiście o autodestrukcję prowadzącego, który z nadzieją na bezawaryjną jazdę, przynajmniej przez pierwsze 2-3 lata eksploatacji, postawił na „nówkę” sztukę. Ale mimo początkowego napadu pojawiającej się w takiej sytuacji kurwicy, Kierowca nie stracił resztek zimnej krwi. –
Mam Assistance, więc zadzwonię po lawetę, w ASO sprawdzą co i jak, i pojutrze będę się z tego śmiał. Wiadomo, silnik na dotarciu, zdarza się – cicho wymamrotał, próbując obniżyć ciśnienie krwi, która już dawno się zagotowała i teraz zaczynała parować.
 |
| Źródło: Bild.de |